niedziela, 8 maja 2011

XXI: Choroba mamy

Dedykuję tym, którymi i my być możemy...

na pozór spokój
czyste milczące korytarze
przemykają szpitalnymi szlafrokami
prosto ku drzwiom bez klamek
prowadzą do więzień
chorób

tli się w niedogaszonych papierosach
potrzeba orzekania o wolności

w przebrzmiałych
od wyrzutu spojrzeniach
co raniły i dziwaczały
u boku najbliższych
rozpoczęła swe panowanie
para-skrucha

drzemie mądrość
w szpitalnym kitlu
uśpiona i przykuta do łóżka

na pozór spokój
czyste milczące korytarze
widziały
co innych osądzali
osądzą
dla których pomiędzy śmiesznością
głęboko ukrytą
a słowem surowym
zaludnią się cienie korytarzy                         

Stronie Śląskie 1984 r.

Moja mama nie rozchorowała się z dnia na dzień. Jej choroba po prostu nasilała się w miarę upływającego czasu, a po śmierci ojca osiągnęła apogeum. Kiedy pewnego dnia uciekła z własnego mieszkania, trzeba ją było zawieść na leczenie psychiatryczne. Faszerowano ją tam jakimiś tabletkami, po których trochę się roztyła, "zmiękła i zwiotczała".
Zresztą, przykro było patrzeć na wszystkich przebywających tam pacjentów, którzy zagubili gdzieś na drodze życia swoje jestestwo.
Byli jak dzieci: bezradni, bezbronni, odarci z poczucia własnej wartości, skazani na posłuszeństwo chorobie.
Pamiętam, że podczas odwiedzin, podchodzili do mnie i skandując sylabicznie, pytali:
- Masz papierosa, daj papierosa, masz papierosa...
Potem wszyscy siadali na podłodze i opowiadali swoje żale...
A mama wołała mnie po cichu, stojąc obok drzwi na korytarz, abym była tylko dla niej, bo przecież byłam jej córką...
Potem mama wróciła do siebie, ale nie na długo. Pewnego dnia jej stan pogorszył się do tego stopnia, że wysłano ją do "zwykłego" szpitala na oddział, który nazywano umieralnią... Nie wiedziałam wtedy o tym.
Przyjechałam do mamy i spytałam, jak się czuje, na co ona odparła, że umiera.
Chciałam ją pocieszyć (a może siebie) więc powiedziałam:
- Mamuś, będziesz żyła.
- Ja umieram... - powtórzyła mama po raz drugi.
- Nie umierasz, będzie dobrze - odparłam.
- Jadźka, czy ty głucha jesteś! - krzyknęła moja mama. - Mówię ci przecież, że umieram. Widzę Anioła Śmierci przy moim łóżku.
Lekarz pozwolił mi zostać w szpitalu. Moja mama została namaszczona Sakramentem Chorych i przyjęła  Komunię Świętą... Miała trudności z oddychaniem i skarżyła się na ból klatki piersiowej.
Umierała w nocy. Na pięć minut przed śmiercią zapadła w ekstazę... Patrzyła na sufit z uwielbieniem i miłością... Po bólu nie było nawet śladu... Była taka spokojna i szczęśliwa jak nigdy dotąd... A na jej twarzy malował się zachwyt...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz