niedziela, 8 maja 2011

XVII. Nowonarodzenie

Ktoś ci wmówił,
że w zaświatach gdzieś,
drzemie bezsilności Bóg,
a z Nim śpi treść...

Więc zasypia czujna myśl,
wiele prawd się tylko śni.
Może już najwyższy czas
obudzić wiarę w nas?...

Szukasz ciągle czegoś dalej,
choć przy tobie zawsze jest
Mądrości treść. Więc oddziel
Prawdy siew od plew...

Czy coś dzieje się dzięki tobie?
Albo dzięki przypadkowi?
Wszystko swój porządek ma,
od milionów lat...

Nieskończona wiecznie jest
Miłości pieśń. Najprawdziwsza
z wielu dróg, którą ci wyznacza
Bóg. Weź ją, weź...


VI Światowy Dzień Młodzieży zbliżał się wielkimi krokami. Zaplanowany został na 14 i 15 sierpnia 1991 r. na Jasnej Górze w Częstochowie. Pokładałam wielkie nadzieje w spotkaniu z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, tym bardziej, że tematem przewodnim miał być fragment z VIII  rozdziału Listu do Rzymian: "Otrzymaliście ducha przybrania za synów".
Postanowiłam, że poproszę Pana Boga, abym i ja dostała ducha przynależności do Niego. I nie tylko po to, aby ze wszystkimi móc powtarzać "Abba, Ojcze", ale przede wszystkim po to, aby  Duch Boży prowadził moje życie.
Pierwszego dnia, wieczorem Papież rozważał słowa:
Jestem Pamiętam Czuwam.
Tłumaczył zebranym milion sześciuset tysiącom młodym, że w życiu nie ma miejsca na podziały, ponieważ wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga.
Potem był Apel Jasnogórski i wspólne czuwanie na modlitwie.
I nic... Było tak, jak zwykle: Bóg był odległy, daleki, nie przy mnie... Byłam samotna, smutna, opuszczona... Ale nie zwątpiłam w sercu swoim. Wiedziałam, że dzisiejszy dzień miał "dosyć swojej biedy" i że "jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie"  (wg Ew. Św. Mateusza 6,25).
Drugiego dnia byłam trochę rozżalona: miałam tak mało czasu, bałam się, czy Bóg, pośród tych tysięcy, popatrzy się na mnie, niegodną, łaskawym okiem?...
Nie pamiętam już dokładnie początku Homilii, ale wiem, że chłonęłam każde słowo Ojca Świętego jak gąbka.  W pewnej chwili Papież powiedział stanowczym głosem: "otrzymaliście zrobił przerwę ducha" po czym po króciutkiej chwili dodał: "przybrania za synów" i zrobił charakterystyczny ruch ręką w kierunku tłumu (widziałam ten gest w wielkim lustrze). I wtedy stała się rzecz zdumiewająca: poczułam wiatr jak gdyby silne uderzenie powietrza i upadłam na ziemię, a właściwie na bruk. Moje serce zaczęło "rosnąć" ( tak to odczułam) i wypełniać się tak wielką radością, że była wprost nie do opisania i emocjonalnie  nie do udźwignięcia. W jednej chwili, nie zważając na ludzi, zaczęłam się na przemian głośno śmiać i płakać...
Czułam, jak wypełnia mnie całą Boża miłość...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz