niedziela, 8 maja 2011

X. Tęsknota



Jak dawno nie byłam dzieckiem
pod koniec zimy
bazie obrodziły w tym roku
pieszcząc moje dłonie

ciało
spowite w szaro-mglisty las
obnażyło tęsknotę
za miłością...




Tęskniłam za miłością.
Ale nie za zauroczeniem, które mija.
I nie za związkiem chemicznym, który ma prawo się wypalić i potem można sobie spokojnie powiedzieć: Miłości już nie ma. I usprawiedliwić to: Wypaliła się.
A przecież prawdziwa miłość jest constans: istnieje zawsze i jest niezmienna.
Nie jest jak ogień, który się wypala, ale jest wypalana w ogniu.
Nie jest jak słońce, które gaśnie, ale jest tak gorąca.
Nie jest jak czas, który mija, ale istnieje wiecznie.
O takiej miłości marzyłam. Pragnęłam ją znaleźć, ale nie dla siebie, tylko w sobie...
Człowiek został stworzony do takiej miłości.
Aby tak pokochać, trzeba zrozumieć miłość Boga: kocha On wszystkich jednakowo,
bez względu na zasługi, bez względu na wszystko...
Chciałam nauczyć się rozumieć i wybaczać, bo są to nieodłączne atrybuty miłości.
Nie było to łatwe: odgruzować miłość przysypaną doświadczaniem żalu, gniewu i rozczarowań.
Spojrzeć na dawne urazy i zranienia i powiedzieć: dobrze, że jesteście.
Pokochać nieprzyjaciół swoich i życzyć im dobrze.
Zostać uderzonym w jeden policzek i nadstawić drugi...
Bez pomocy Boga byłoby to niemożliwe...

1 komentarz: