niedziela, 8 maja 2011

VIII. Poszukiwanie Boga

obnażam kartki
bielą czystą
nagą
otumanione
odcieniem uczuć
radości i smutki
uproszczone
obnażam...

pośrodku liter rzędy
słowa ustalone przeze mnie
kim jestem
jeszcze się nie narodziłam
wykształcam się
ze słów Bożych
się rodzę...

Tak napisałam w 1986 r.
W moim życiu było zawsze miejsce dla Boga. Chciałam Go gościć w moim sercu, ale Żywego.
Czekałam na Niego, ale myślałam, że się nie zjawia...
Chciałam, żeby do mnie przemówił, a jednocześnie byłam pewna, że to niemożliwe...
Oczywiście, byłam wierząca. A przynajmniej tak mi się wydawało. Tzn. wiedziałam, że Bóg istnieje.
Ale wiedziałam też, że to za mało. Byłam zimna... Na szczęście nie letnia i na moje nieszczęście nie gorąca. Ale zimna. Być może dlatego Bóg nie wypluł mnie z wnętrzności swoich...
Byłam wierząca na tyle, na ile wiedzę o istnieniu Boga można nazwać wiarą... Ale nie można. Niestety. To tylko domniemywanie. Asekuracja... Wiara na wszelki wypadek...
Pewnego dnia Bóg do mnie przemówił... Ale na ten dzień musiałam jeszcze poczekać.
Do brata  chodziłam często. Podziwiałam Jego nowe obrazy, które tak szybko znikały. Tematycznie jednak nie pasowałyby do mojego mieszkania. Malował przeważnie konie, powozy, portrety naszych przodków itp. A ja chciałam, żeby namalował dla mnie kwiaty...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz