niedziela, 8 maja 2011

IX. Wakacje

Myślała o nim cały dzień.

Na wieczór spędził z powiek sen
cień, co się wdarł jak kot
w spłowiałe ramy dawnych tchnień.

Myślała o nim potem w noc.
Nad ranem zadrwił miniony czas
z miłości oszukanej tą rozłąką.
W myślach spacerowała łąką.

Ranek, co splatał ulataniem
powieki znużone tym czekaniem,
choć dzień w zanadrzu miał,
po prostu sen jej dał.

Pod wieczór, otulona kocem,
wkradła się noc jak ćma.
Na niego zła...

1982 r.

Wyjechałam z dziećmi z tego zimnego mieszkania. Były wakacje, wokoło kwitły cudne kwiaty, w powietrzu unosiła się duchota wielkomiejskiego zgiełku. Wielki świat kolorowych świateł i neonów.
Próbowałam o wszystkim zapomnieć, ale miałam złamaną duszę. Ucieczka nigdy nie rozwiązuje problemów, tylko przesuwa je w czasie. W sobotę odwiedziłam jedną z moich cioteczek. Jej mąż właśnie wybierał się do "swojego" kościoła i zaproponował, żebym z nim pojechała.
Zgodziłam się. Wujek prosił, abym zachowywała się rozsądnie, ale ja i tak nie wzięłam chusteczki przed wejściem do środka, bo nigdy nie było mi w niej do twarzy.
To był zbór. Dokładnie nie pamiętam jaki. Wszyscy byli tacy życzliwi i zainteresowani mną.
W czasie składania świadectw ktoś powiedział o jakiejś zbłąkanej owieczce, wiedziałam, że chodzi o mnie. A więc już próba zawłaszczenia! Co to, to nie. Byłam tam chyba ze zwykłej przekory. Otóż ciocia jako katoliczka  nigdy nie zaakceptowała "dziwactw" wujka, chociaż go kochała.
Babcia w ogóle była zgorszona tym i nazywała religię zięcia "szataństwem".
Przy okazji zabraniano mi z nim kontaktów. A on tak ciekawie mówił o miłości cytatami z Pisma Świętego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz