niedziela, 8 maja 2011

II. Kontemplacja piękna



W tym czasie jeszcze nie malowałam. Podziwiałam mojego brata, który z każdej świeczki znalezionej
w domu potrafił wystrugać coś niepowtarzalnego, a obierane na obiad ziemniaki zamieniał
w zachwycające przedmioty o różnych kształtach. Potrafił też narysować wszystko, o cokolwiek
się go poprosiło. Wkrótce zaczął malować obrazy olejne.
Ja dopiero rodziłam się ze słów...
Smakowałam zmysłami piękno otaczającego mnie świata, nazywałam je i budziłam do życia
w wierszach.
Powierzałam swoje uczucia poezji, która stała się dla mnie całym moim światem.
Cała byłam poezją, skąpaną w słońcu, oprószoną śniegiem. Moje usta pieściły słowa, zmysły chwytały sercem ulotność wyobrażeń. Spragniony język poznawał smak soczystych dźwięków, a moje ciało było podatne na piękno. Zastygła w zachwycie, zasłuchana, cała byłam poezją...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz